Jestem pewien, że mój sukces zawdzięczam po części cechom charakteru, które uformowały się podczas tysięcy godzin spędzonych w dōjō. To Karate nauczyło mnie mówienia tego, co myślę, uczciwości i solidności, zaufania do ludzi, umiejętności współpracy z innymi oraz chęci niesienia bezinteresownej pomocy.

NIE LUBIĘ MÓWIĆ O SOBIE, BO JESTEM Z NATURY SKROMNYM CZŁOWIEKIEM. JEDNAK PONIEWAŻ MOJE DOŚWIADCZENIE ŻYCIOWE MOŻE BYĆ POŻYTECZNE DLA DZISIEJSZYCH ADEPTÓW KARATE, POSTANOWIŁEM ZROBIĆ WYJĄTEK DLA MAGAZYNU SHODAN.

Krzysztof Rybinski

Na przełomie lat 70. i 80. chodziłem do jednej z praskich szkół podstawowych. Nauczyciele nazywali mnie zdolnym łobuzem; na zakończenie ósmej klasy miałem średnią 5.0 (wtedy piątka była najwyższą oceną). Ale przez dobre ze sprawowania, mimo najwyższej średniej w szkole, nie miałem czerwonego paska na świadectwie. Wcześniej byłem nawet zawieszony w prawach ucznia za łobuzowanie, ale ponieważ byłem dobry w nauce, skończyło się na groźbie kuratora i na pastowaniu podłogi w szkolnej bibliotece przez miesiąc.

No i dostałem lanie paskiem od ojca; po latach doceniłem fakt, że rodzicom zależało na dobrym wychowaniu syna jedynaka. Niektórzy koledzy z klasy w tym czasie okradali kioski, ale szczęśliwie dla mnie oni poszli do zawodówek i zmarnowali sobie życie, a ja poszedłem do liceum i odniosłem sukces.

W szóstej i siódmej klasie byłem gruby (z tymi, którzy się ze mnie wyśmiewali, biłem się na przerwach – z różnym skutkiem). Ale w siódmej klasie miały miejsce dwa wydarzenia. Wyjechałem na obóz harcerski i w czasie wakacji schudłem 15 kilo. Gdy po powrocie zobaczyła mnie mama – zaniemówiła. No i w jednym z praskich klubów zobaczyłem film Wściekłe pięści z Bruce Lee – dwa lata przed kinową premierą Wejścia smoka, mojego ulubionego filmu po dziś dzień.

Po jego obejrzeniu postanowiliśmy z kolegą zapisać się do sekcji kung-fu. Ale ponieważ nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego klubu, zdecydowaliśmy się na judo, bo wydawało nam się podobne. W sekcji judo nie było już miejsc, były natomiast w sekcji Karate. Nie wiedzieliśmy, co to takiego, ale brzmiało dobrze – więc się zapisaliśmy. To była sekcja Karate Kyokushinkai.

Już na pierwszym treningu dostaliśmy taki wycisk, że kolega więcej nie przyszedł. Ja też byłem bliski decyzji o rezygnacji, bo mięśnie brzucha miałem słabe, a sprawdzanie ich twardości przez sempai kopnięciem mae geri lub mocnym uderzeniem gyaku tzuki za każdym razem kończyło się tak samo: leżałem zwinięty z bólu na podłodze. Po kilku miesiącach odkryłem, że wieczorami w pobliskiej szkole odbywają treningi Karate Shotokan i tam się przeniosłem. To były czasy codziennych treningów, jak nie na dōjō, to w parku z kolegami.



ANKIETA DLA CIEBIE!

Co Ciebie motywuje do treningu Karate?